Powiem wam Jak zginał – Teatr TV – Recenzja – czyli poradnik jak pod żadnym pozorem nie reżyserować.

Co jest nie tak z tą naszą reżyserią?

KULTURA / TEATR/
Felieton
🖋 Autor: [Lampart]|
📅 Data publikacji: 1 września 2025

„Powiem wam, jak zginął” – spektakl, który zgubił ducha Joe Alexa.

Sięgnięcie po klasykę literatury kryminalnej zawsze wiąże się z ryzykiem. Zwłaszcza jeśli tym klasykiem jest Joe Alex – pseudonim Macieja Słomczyńskiego – autor precyzyjnie skonstruowanych powieści, które zyskały status kultowych”. Najnowsza próba adaptacji jego Powiem wam, jak zginął, zrealizowana w ramach Teatru Telewizji, miała przypomnieć dawny kunszt literatury detektywistycznej. Niestety, spektakl okazał się przykładem tego, jak łatwo można zatracić to, co w kryminałach Alexa najważniejsze: precyzję, suspens i atmosferę.


Scenariusz, który nie prowadzi widza

W literackim pierwowzorze czytelnik krok po kroku śledzi tok rozumowania detektywa. Poszlaki, z pozoru błahe, stają się kluczowymi elementami układanki. Alex potrafił prowadzić odbiorcę tak, aby miał poczucie współuczestnictwa w śledztwie. Przykładowo, w powieści znajdziemy uwagę detektywa:

„Każda, choćby najmniejsza drobnostka, ma znaczenie. Nie wolno pominąć niczego, nawet gdy wydaje się nieistotne.”

Ten fragment to deklaracja metody, która definiuje jego bohatera – skrupulatnego, logicznego, a zarazem obdarzonego literackim wyczuciem suspensu. W spektaklu jednak poszlaki giną w ogólnikowych dialogach i pospiesznych scenach. Widz nie ma szans zrozumieć, jak detektyw dochodzi do prawdy.

Najbardziej bolesny jest finał. Zamiast klarownego wyjaśnienia, w którym detektyw odkrywa, jak z drobnych szczegółów wyłonił obraz zbrodni, dostajemy suchą konfrontację, pozbawioną napięcia i emocji. Widz nie tyle odkrywa sprawcę razem z Joe Alexem, co dowiaduje się o nim niejako „przy okazji”.


Reżyseria – formalne zabiegi zamiast atmosfery

Reżyser sięgnął po nowoczesne środki, takie jak kamery GoPro czy surowa, niemal symboliczna scenografia. Niestety, zamiast podbić dramaturgię, wprowadziły one sztuczność i dystans.

W powieści Powiem wam, jak zginął klimat jest niemal bohaterem samym w sobie: odosobniona posiadłość, deszcz bijący o szyby, poczucie zamknięcia w przestrzeni, z której nie ma ucieczki. Jak pisze Alex:

„Dom był odcięty od świata, a każdy krok po skrzypiącej podłodze zdawał się zdradzać najskrytsze sekrety mieszkańców.”

To literackie poczucie klaustrofobii nie znalazło odzwierciedlenia w przedstawieniu. Zamiast dusznej atmosfery dostaliśmy umowne przestrzenie, które mogłyby pasować do dowolnej sztuki – ale nie do kryminału, w którym miejsce zbrodni jest kluczem do rozwiązania zagadki.

Tym bardziej widać kontrast, jeśli zestawimy to z adaptacjami zagranicznymi, np. serialami na podstawie Agathy Christie. W klasycznych ekranizacjach Poirota każdy salon, zegar czy filiżanka herbaty to świadomy element budowy suspensu. Tutaj zabrakło tej konsekwencji.


Obsada – niewykorzystany potencjał

Joe Alex, grany przez Grzegorza Małeckiego, pozbawiony został błyskotliwości i charyzmy. W książkach bohater uderza przenikliwością, często komentując wydarzenia z ironicznym dystansem. Przykład?

„Zbrodniarz popełnia błąd nie w momencie, gdy zabija, lecz wówczas, gdy wierzy, że uczynił to doskonale.”

Taki komentarz w literaturze potrafi wywołać dreszcz – bo przypomina, że każde kłamstwo ma rysę. W spektaklu jednak zabrakło tego rodzaju podkreśleń. Postać Alex’a sprowadzono do cichego, niemal beznamiętnego obserwatora, który nie angażuje widza ani intelektualnie, ani emocjonalnie.

Podobnie pozostali aktorzy. Dialogi, które w prozie iskrzą od napięcia i psychologicznej gry, tutaj brzmiały płasko i mechanicznie.


Scenografia i rekwizyty – niewykorzystany język kryminału

Kryminał Joe Alexa to nie tylko rozmowy i logika, ale także świat materialny, który staje się częścią śledztwa. W książce przedmioty bywają niemymi świadkami zbrodni. Jak zauważa bohater w jednym z dialogów:

„To nie ludzie zdradzają swoje sekrety. To przedmioty – cierpliwie czekają, aż ktoś je zauważy.”

W spektaklu zabrakło tego rodzaju rekwizytów. Nie było przedmiotów, które mogłyby naprowadzać widza na rozwiązanie. Brak zegara, kieliszka, listu czy notatnika sprawił, że intryga utraciła swoje narzędzia. Minimalistyczna scenografia w kryminale nie działa – bo odbiera widzowi możliwość „szukania tropów” razem z detektywem.

Warto zauważyć, że np. adaptacje Conan Doyle’a – nawet te najnowsze, jak Sherlock BBC – świetnie korzystają z rekwizytów. Butelka, telefon, kawałek papieru – każdy detal staje się elementem układanki. W spektaklu Alexa ta warstwa po prostu się rozpadła.


Porównanie z dawnymi „Kobrą”

Trudno nie odwołać się do inscenizacji „Kobry” z lat 60. i 70., w których sam Joe Alex współtworzył scenariusze. Tam każdy element – od rekwizytów po sposób budowania napięcia – był podporządkowany logice intrygi. Widz czuł się współuczestnikiem śledztwa, bo miał dostęp do tych samych szczegółów, co detektyw.

W najnowszej realizacji zabrakło tej precyzji. Zamiast świadomego prowadzenia odbiorcy, dostaliśmy widowisko, które eksperymentuje formalnie, ale gubi istotę kryminału.


Lekcja na przyszłość – jak rozumieć źródło

Największym problemem tej adaptacji nie są budżet, obsada czy wybory formalne. Fundamentem porażki jest brak zrozumienia istoty materiału źródłowego. Kryminały Joe Alexa wymagają:

  • Precyzyjnego poprowadzenia fabuły, by widz mógł krok po kroku rozumieć tok myślenia detektywa.
  • Budowania napięcia i emocji, które sprawiają, że finał jest satysfakcjonujący i zaskakujący.
  • Dopracowanego klimatu, w którym każdy detal – przedmiot, dźwięk, dialog – przybliża widza do rozwiązania zagadki.

Spektakl, niestety, tych warunków nie spełnia.


Podsumowanie

Spektakl Powiem wam, jak zginął miał być przypomnieniem o sile prozy Joe Alexa. Zamiast tego stał się przykładem nietrafionej adaptacji. Zabrakło logiki, napięcia i klimatu – czyli fundamentów kryminału. Brak tych elementów sprawia, że zamiast fascynującej zagadki mamy telewizyjną zagadkę… tylko dla samego reżysera.

Dla wiernych czytelników to bolesne rozczarowanie. Dla nowych widzów – fałszywa wizytówka autora, którego proza w rzeczywistości ma w sobie elegancję, precyzję i suspens, jakie dziś rzadko spotyka się w literaturze gatunkowej.